Saturday, April 30, 2005

Duma, nieoficjalnie

Będzie mi ich brakowało. Cierpię na syndrom człowieka, który udaje, że nie wiedział, że można się bardziej przywiązać w rodzinie do młodszych niż do starszych. A tak właśnie było przez ostatni rok, kiedy dorośli zajmowali się swoimi problemami... Bo przecież o młodszych mówiło się: "Baby Leafs", że niby dopiero bawią się w dorosłość i profesjonalny hokej. Powiadaliśmy "Buds" na określenie tego, że zaczynają rozkwitać, że tak wiele jeszcze przed nimi...

Momenty takie jak ten, kiedy wszystko co wiąże się z St. John's Maple Leafs jest już historią, nadają tożsamość mojemu kibicowaniu. Tożsamość w sumie radosną - w końcu przecież zdążyłem na przyjęcie urodzinowe: na wspaniały sezon, wieńczący czternaście lat w Nowej Funlandii. W moim prywatnym słowniku słowo "Buds" literuję od dzisiaj jako p-r-i-d-e.

Duma, oficjalnie

Chciałbym serdecznie podziękować organizacji St. John's Maple Leafs, jej zawodnikom, trenerom, pracownikom, oraz w szczególności kibicom z obu stron oceanu za pasjonujący sezon i jedną rundę play-offs w naszym wykonaniu. Jestem dumny, że miałem okazję śledzić tegoroczny ostatni w Nowej Funlandii sezon z zapartym tchem, mając wielokrotnie okazję do radości i dumy ze swojego zespołu. Szczególne gratulacjew ramach STJ należą się Benowi Ondrusowi za całokształt, Kyle'owi Wellwoodowi za presitidigitatorstwo, Brianowi Rogersowi za pasję i Mikiemu za niezłomną wiarę i nocne smsy :D.

Dzisiaj w nocy przegraliśmy po raz czwarty z Manitobą i odpadliśmy z dalszej rywalizacji w walce o Calder Cup. Zespołowi Moose i jego kibicom gratuluję i życzę powodzenia dalej :nod:

St. John's Maple Leafs - thank you and fare thee well. Toronto Marlies - make yourself at home in my heart...

Wednesday, April 27, 2005

Oczekiwania

Obiecałem trochę plików z zagraniami Robby'ego Earle'a, naszego LW przyszłości. Url poniżej - wiem, że jakość jest kiepska, ale to przecież zapis rozgrywek uniwersyteckich. Pewnie ktoś z rodziny kręcił z ramienia (LMAO).

http://www.uwbadgers.com/audio_visual/mhky/video/0405/earl07.asx
http://www.uwbadgers.com/audio_visual/mhky/video/0405/earl04.asx
http://www.uwbadgers.com/audio_visual/mhky/video/0405/earl03.asx
http://www.uwbadgers.com/audio_visual/mhky/video/0405/earl02.asx
http://www.uwbadgers.com/audio_visual/mhky/video/0405/earl10.asx



Co wiemy na temat Robbiego? Jakie ma szanse wkomponować się za jakieś dwa lata najpierw w skład Marlies, a później Maple Leafs w pierwszej lub drugiej linii na LW? Jest bardzo szybki, świetnie się prezentuje na lodzie, szczególnie w ataku. Obrońców mija często jak tyczki slalomowe, jest zwinny i potrafi wywalczyć sobie miejsce również przed bramką. Nie unika gry ciałem. Niezły play-maker. Obszarem do zdecydowanej poprawy, podobnie jak w przypadku młodych zawodników w jego wieku(2.06 kończy 20 lat), jest praca nad masą mięśniową.

Tyle HF. Mają go zresztą na czwartym miejscu listy prospektów. Polubiłem Earla, ale to póki co za wysoko. Przesunąłbym go poniżej Iana White'a, D i Bena Ondrusa, LW, ale na pewno w Top8. Błagam, żeby go tylko JFJ nie strejdował za jakiegoś czterdziestolatka, ok? Następnego Immonena bym nie przeżył...

Kolacja

Gdybym miał okazję zjeść kolację w towarzystwie Bena Ondrusa o co bym go zapytał? Hmm, pewnie po standardowych prośbach o autograf i zdjęcie, gdzieś w połowie drugiego dania, kiedy nie miałbym już miejsca na ciele, w które mógłbym się jeszcze uszczypnąć, doszedłbym do tego zasadniczego pytania: dlaczego się nie boi? Jakie to jest uczucie, kiedy koło głowy rzucającego się na lód podczas PK Bena ze świstem przelatuje krążek? Jak to jest nie wiedzieć, w którą część ciała trafi backcheck rywala pod bandą? Oto właśnie bym zapytał: dlaczego się nie boisz, Ben? I zanim będę miał okazję usłyszeć odpowiedź, już teraz dodam: "Mum would be proud, Benny"...

Tuesday, April 26, 2005

Kapita(l)nie

Nigdy nie chciałem być kapitanem drużyny w dyscyplinach zespołowych. Z tego, co pamiętam unikanie tych obowiązków udawało mi się dość dobrze. Nie jestem typem bezwarunkowego lidera, który potrafi zmobilizować siebie i kolegów do stawienia czoła twardej rzeczywistości, kiedy coś idzie jak po grudzie. Wolałem miejsca w drugim szeregu, gdzie bezpieczny za plecami mojego kapitana mogłem swobodnie wykonywać swoje zadania.

Wspominam swoich "kapitanów" w róznych dziedzinach życia: Sławka, któremu wszyscy zazdrościli pewności podejmowanych decyzji, Michała - mistrza erudycji, który do swoich racji potrafił przekonać każdego, Tomka przy którym po prostu czuło się bezpiecznie, a ostatnio Krzyśka - tego, który miał zawsze wizję całości.

Przyglądam się również naszym kapitanom: Matsowi Sundinowi i Marcowi Moro, tak różnym a jednak tak tożsamym. Ich błyskowi w oku, ich zaciśniętym wargom (a i niejednokrotnie pięściom), ich determinacji w udowadnianiu, że można lepiej, szybciej, skuteczniej... A oni ruszają do akcji w przekonaniu, że całe Air Canada Center lub prawie już opustoszałe Mile One Stadium z wytęsknieniem oczekują kolejnej epifanii ich autorytetu - wskazania kierunku, w który zostanie wysłany kolejny hufiec granatowych bluz rycerzy Klonowego Liścia. To ci gladiatorzy umysłów sprawiają, że nasze codzienne boje z "drugiego szeregu" stają się bardziej możliwe do zniesienia, a zwycięstwa - osiągalne w większym stopniu.

Mats, Marc - dzięki również za to, czego nie widać w podkrążonych oczach i obitych nadgarstkach. Za inspirację, którą każdej z osiemdziesięciu dwóch zimowych nocy odebrać może jedynie prawdziwy kibic Toronto.


Matsa wszyscy zapewne znają, więc tym razem Mark.

Monday, April 25, 2005

Relatywnie

Czuję, jak gdybym osiągnął wiek, w którym "kwestia wieku" wydaje się szczególnie relatywna. Weźmy choćby roczniki najstarszych graczy z podstawowego składu Maple Leafs:
Ed Belfour (1965), Gary Roberts i Joe Nieuwendyk (1966), Brian Leetch (1968), Alex Mogilny i Tie Domi (1969), a starsi ode mnie są jeszcze tylko Mats Sundin i Ken Klee (choć rocznikowo to nadal 1971). Podejrzewam, że na wyprawie na ryby (gdybym łowił) raczej z tą grupą wiekową miałbym więcej wspólnych tematów, niż z naszymi młodziakami. Przecież taki Antro czy Poni (1980) to w szkole podstawowej byłby rocznik, którego bym nawet nie spotkał. Nadal się dziwię, kiedy dzieci z sąsiedztwa z podobnych roczników są już całkiem samodzielne...

O składzie Maple Leafs mówi się, że jest tak "wiekowy", że nikt już nawet nie gasi lampki z napisem "operacja" nad oddziałem intensywnej terapii, w który zamieniła się szatnia Leafs. Gadanie starych bab. Chociaż z drugiej strony - sprawdźmy: wstrząs mózgu - skądże, podbite oko - nie przypominam sobie, złamana szczęka - jeszcze czego, żebra - jak przy stworzeniu, staw biodrowy - sam Elvis się o niego pytał, stopa - ponoć płaskostopie za młodu trudno zaliczyć do poważnych kontuzji. No tak, nic nie wiem o tym, jak zachowuje się ciało codziennie wystawiane na merciless abuse na lodowisku. *Moje* ciało jest wystawiane conajwyżej na uwierające oparcie krawędzi stołu, ścierającą się podeszwę buta, nierówności polskich szos lub przykrą niestrawność. Niewiele - nie dziwię się, że nie zrobiłem kariery w NHL.

Ciekawe, że w przypadku sportowców już nie tyle sam wiek, ile kombinacja wieku i zdrowia jest tak bardzo relatywna. Stake wydaje się nam, że Roberts i Niuewy nawet po roku przerwy będą śmigać do tercji rywala bez spowolnienia. Że Bel4 pokona zwodnicze skurcze pleców, że AlMo zachwyci jeszcze raz... Czy można nie pogodzić się z tym, że nasi bohaterowie nie-pierwszej-młodości i statecznego-wieku znikną wkrótce z tafli? Że ich miejsce, w sposób zapewne w pełni zasłużony zajmą Ondrusowie, Steenowie i Earlowie of this world? Można, ale jeszcze nie teraz, dobrze? Oszukam czas i skalpel zasypiając dzisiaj w piżamie z napisem "Thrill me, Mogilny!" I wcale nie będzie mi niewygodnie z krążkiem z numerem 89 pod głową. Przecież wygoda jest też rzeczą relatywną...


AlMo, Alexander Mogilny - at one time the sweetest one-timer around.

Sunday, April 24, 2005

76-2

We wczorajszym, najważniejszym dla mnie głosowaniu (i to zupełnie niezwiązanym z hokejem) zwolennicy przytłaczającą większością przegłosowali przeciwników, wynikiem 76-2. Nieźle, co? Szczerze mówiąc, liczyłem że będzie do zera i praktycznie się nie pomyliłem. Te dwa głosy sprzeciwu NIE były merytoryczne, jak powiedzieli sami głosujący. Teraz możemy już spokojnie zakasać rękawy. Jak mawiał mój brytyjski kolega - bardzo dobzia!

W AHL St. John's Maple Leafs jednak zajęli drugie miejsce w swojej dywizji (Northern) i serię z Manitobą zagramy z przewagą własnego lodu. Póki co, po dwóch meczach u nas jest 1-1. Pierwszy Moose wzięli z zaskoczenia: mówiło się, że oprócz Kinga, ma również nie być Keslera, tym czasem ten ostatni zagrał - i to jak! W drugim - Coach Shedden poszedł po rozum do głowy, już na samym początku Kris Newbury sprowokował do bójki Lee Gorena (jeden ze skuteczniejszych strzelców Manitoby) i obaj wylecieli. W ten sposób w arsenale gości zrobiło się znacznie luźniej, i spokojnie dopykaliśmy na 6-1.

Nathanie Barrett - jeśli to czytasz - tak trzymaj! Wpadanie do tercji przeciwnika jako pierwszy po dumpie to coś, za co każdy trener by Cię ozłocił. Czyżby pozytywna zmiana nastawienia?

W ciągu ostatnich kilku dni zachwycam się grą naszego prospekta, Robbie Earla z University of Wisconsin. Spróbuję wyłapać jakieś fotki i pliki z golami i je tutaj wrzucę. Póki co - załączam moc spojrzenia Robbiego. Który on jest rocznik? To dzieci już grywają na uniwersytetach? Good grief...

Tuesday, April 12, 2005

Głos

Spałem dzisiaj z facetem. No dobra, może niezupełnie z nim samym - z *głosem* faceta. I to jakiego, Brian Rogers - generalnie prawdopodobnie nie jest w typie nikogo z nas (lustereczko powiedz przecie), ale nie płacą mu za czarne oczy, lecz za emocje w głosie i cięty komentarz. Przy pomocy Audacity uwieczniłem to nasze nocne spotkanie. Gdybym jeszcze potrafił zamienić plik .wav na coś czego można posłuchać z płyty w samochodzie...

Baby Leafs też nie potrafili zamienić przewagi 3-1 w połowie drugiej tercji na bezcenne dwa punkty. Rochester wyrównał (głównie za sprawą crease killera, Thomasa Vanka) i wygrał w karnych. Zdenek i Jarmila (rodzice Thomasa) byliby dumni. Nie, nie będę złośliwie dodawał, że mam nadzieję, że panieńskie mamy Vanka to Kratochvilova...

Tomorrow is another day. Dokładniej pojutrze - w środę wieczorem rewanż u siebie przeciwko Amerks. Do tego czasu Michael chyba zdąży zaktualizować do ostatecznej wersję scenariusza rozwoju wydarzeń w pierwszej rundzie p-o, którą przesłał mi w nocy. Palce lizać. Będziemy mieli z niego sporo pożytku. Z Michaela znaczy się, bo Thomas jako piąty wybór w drafcie 2003 poszedł do Buffalo...

Monday, April 11, 2005

Four games to go

Afiliacji Maple Leafs - zespołowi o tej samej nazwie z St. John's - zostały cztery mecze do zakończenia sezonu zasadniczego w AHL. Awans mamy już w kieszeni, wystarczą teraz jeszcze dwa punkty, żeby wyrównać najlepszy wynik organizacji za czasów pobytu zespołu w bazie w Nowej Funlandii.

Piękny jest ten ostatni sezon w St. John's - tajemniczy i nieprzewidywalny, jak i cały wystawiony na dziobie statku "HMS Canada" półwysep Labrador. Skryty we mgle nieodwracalności historii - afiliacja Toronto, bez względu bowiem na wynik w play-offach, od nowego roku gry przenosi się do miasta-matki, ozdoby Ontario. Będzie inaczej - trudniej. Światła nowoczesnej aglomeracji potrafią oślepić, szczególnie jeśli zarabiasz kilkanaście razy więcej w wieku dwudziestu kilku lat niż Twoi rówieśnicy. Szczególnie, jeśli po treningu masz setki kuszących opcji spędzenia wolnego czasu. The name of this game is maturity. Dorosłość. Na lodzie i poza nim. Przyszłość obu naszych zespołów zależy od tego, jak dobrze będziemy wybierać. Na lodzie i poza nim. Również w drafcie. Ale i na progu baru...

Dzisiaj gramy u siebie z Rochester - to liderzy naszej dywizji, zakładając, że uda się przejść Manitobę w pierwszej rundzie, to właśnie Amerks sprawdzą w finale dywizji nasz charakter. Dorosłość tego zespołu do wygrania więcej niż można się po nich spodziewać. Dorosłość do tego, żeby wytrzymać presję. Teraz - bo za rok będzie jeszcze trudniej.

Pretekst

Czy coś co wydarzyło się ostatni raz przed tym, zanim się urodziliśmy może stanowić dobry powód do rozpoczęcia czegoś zupełnie nowego? Czy warto zakładać blog, z myślą, że ostatnim dniem jego istnienia, będzie ostatni mecz sezonu, w którym kapitan Toronto Maple Leafs podniesie Puchar Stanleya nad głowę? Kiedy to nastąpi? I czym się różni 1967 (ostatni Stanleaf dla Toronto) od np. 2006 lub 2007?

Trzydzieści osiem lat temu nie było mnie jeszcze na świecie, podobnie, jak zapewne, większości z Was. W jakim wieku będę, kiedy z radością zamknę podwoje tego wirtualnego notatnika na zawsze? Jak będzie wyglądał wtedy hokej?

Co staram się sprokurować, jaką myśl pobudzić do życia? Czy siła sprawcza jednego umysłu oddzielonego o tysiące kilometrów od kół bulikowych w opustoszałej póki co Air Canada Center może kierować przebiegiem sezonów, układem tabel, odpornością żeber na złamanie, zwinnym ruchem krążka przekładanego na backhand w akcji sam na sam? Czemu chcę dać upust? Czyją twarz ma siostra-nadzieja, bezwstydnie szepcząca do ucha, że "This is the year"? Jakiemu splotowi zdarzeń tęsknię, by nadać los? Jaki pretekst do zwycięstwa pragnę wykuć błagalnie przy pomocy klawiatury z lodu? Jakie rozczarowania da się jeszcze wyczyścić z pamięci rolbą nowego sezonu?

Oto i pretekst dla kary mniejszej dwuminutowej jaką jest stanleaf.blogspot.com. Równie chłodny i trzeźwiący, gdy przysuniesz do niego policzek, jak ciągle wymykający się nam Stanleaf Cup. Approach, friend. Let's kill this penalty together, shall we?


Counters